Ido święta. Ido dużymi krokyma. Idzie tyż czas na szopink , oj zbliża się wielkimi krokyma. Sklepy tu u nas w mieście pękajo w szwach . Choinki wielkie jak dęby uginajo się pod naporem tysięcy ozdób, pod choinkoma stojo prezenty, sążnie zapakowane w pudła, bogato owinięte tonami świątecznych papierów , obwiązane kilometrami złotych tasiemek . Kokardki, kokardeczki , gwiazdy, gwiazdeczki, bombki, bombeczki… i szeleści wszędzie brezent, i sypie się wszędzie brokat z broch wielkich koncernów , co Ci wpierać bedo że jak kupisz to będzie wesolutko , że jak kupisz to zapomnisz o wszystkim, a brokat się sypie i sypie z konsumenckiego nieba, z broch wielkich korporacji. A kolejne szopingowe centrumy poobwieszane „wszystkim najlepszym na święta” . Ido święta wielkimi krokyma.
To i my , mieszkańcy Miasta , idziom na zakupy, a idom my idom, jadom my tramwajami , jadom my autobusyma, jado gdziekolwiek, cokolwiek kupić , tak my z Miasta na zakupy chodzo. Kokę i Kolę pijo wielkimi łykami i gotują ciasta, ciasteczka, barszcze i uszeczka i dzielo się opłatkami , i kolędy śpiewajo głośno na pasterce.
Oj , mówi ja Ci , mówi… ido świnta wielkimi krokami !
insane scribbler 'll rock Yours pants off!
Blog Archive
Monday, December 10, 2007
ido świnta
Tuesday, June 26, 2007
Marzenia Wikarego część I i II by Reya 1812
gromadzenia zapasów na lato (które jak wiemy, jest w Bytomiu wyjątkowo
mroźne i przebrnąć przez nie udaje się tylko tym śmiałkom, którzy mają w
rodzinie strażaków, albo weterynarzy) oraz do chodzenia na potańcówki do
okolicznej remizy, w której notabene pracował jej brat. Zawsze przed taką
prywatką kupowała czternaście paczek paluszków z Biedronki i osiem opakowań
delicji szampńskich. Zsumowana liczba tych wiktuałów dawała wiek chłopca,
który był w remize kaowcem. Wiki zakochała się w nim stosunkowo późno.
Chociaż bawiła się tam co piątek, dopiero tego wieczoru, kiedy Seba odstawił
wspaniałą solówkę na keybordzie, dziewczyna poczuła, że musi mieć chopca o
tak zwinnych palcach. Oprócz tego imponował jej modną w kraju naszych
sąsiadów fryzurą: czeską płetwą. Trzeba wspomnieć, że Wiki kochała się w nim
skrycie, bo jej pwność siebie została nadszarpnięta po tym, jak pewnego
zimowego, upalnego poranka ktoś nazwał ją pęczniejącym wrzodem. Niektórzy
też wołali na nią grube nogi, tłusta grzywa, śmiedzący chuch i plama pod
pachą aż do biodra, ale były to przypadki sporadyczne i nie tak raniące jak
PĘCZNIEJĄCY WRZÓD. Jednak pomimo, iż została jej uświadomiona ta okrutna
prawda, nasza bohaterka nie rezygnowała z tańca w remizie, chęć obserwowania
Seby przez te kilka godzin była od niej silniejsza. Na początku wystarczało
jej. kiedy kupowała swoje 24 opakowania łakoci, czuła się jakby to jego
wiozła w koszyku. Ale kiedy została wyprowadzona z Biedronki przez
ochroniarza po tym, jak tarzała się po niezapłaconym towarze i wpychała
sobie paluszki do kanału pochwowego, postanowiła, że musi zrobić ten
pierwszy krok. Chciała siedzieć z nim na kocu i patrzeć się niego godzinami.
Marzyła o dotyku jego dłoni pianisty. Jej fantazje senne ograniczały się
tylko do widoku Jego wyciskającego jej pulsujące pryszcze. Kupiła nawet
specjalną szczotkę z metalową rączką, w razie gdyby poprosił ją o
przeczesanie płetwy. Postanowiła, że na nastepnym wieczorku tanecznym
zagada, kiedy będzie miał przerwę.
>Nadszedł piątek. Od świtu Wiktoria stała przed lustrem i mierzyła
niezliczone kombinacje strojów: to na uwodzicielkę, to na zimną księżniczkę,
to na perwersyjną uczennicę.... W rezultacie zdecydowała się na "diabła
wcielonego". Wyglądała przecudnie. Zwiewna plisowana spódnica w kolorze
andaluzyjskiego nieba była stworzona do obrotów na parkiecie, a flanelowa,
żółta koszula z dyskretnym żabotem ecri tylko czekała na to, żeby ktoś ją
zerwał w porywie szału zmysłów. Tego dnia dziewczyna użyła więcej toniku do
twarzy "Afrodyta Adonis" i nałożyła podwójną wartstwę fluidu "Bella", przez
co jej cera nabrała zdrowego, pomarańczowego kolorytu. Na koniec musnęła
usta błyszczykiem o smaku truskawki i psiknęła nadgarstki swoim ulubionym
zapachem "Być może...Paryż". Kojarzyły jej się z zapachem Seby, który, jak
się dowiedziała od woźnego remizy, używał "Przemysławki".
>Tak wypiękniona kobieta o wyglądzie diabła wcielonego poszła dopinać swego
do remizy. Przyszła wcześniej, żeby zająć miejsce jak najbliżej swojego
keybordzisty i musiała jeszcze trochę poczekać, zanim zaczną schodzić się
ludzie, bo o 6 rano w sali zabaw była tylko sprzątaczka strojąca salę.
Podczas tego oczekiwania usta zaczęły ją piec od soli z dziesięciu
zjedzonych przez nią paczek paluszków, a żołądek odmawiał posłuszeństwa po
nadmiarze zjedzonych delicji.
>W końcu jednak zaczęli napływać rządni zabawy. Przyszła Kryśka z klasy
Wiktorii w zawodówce ze swoim chłopakiem, ta jehowa Malwa ze swoim
chłopakiem, Daga ze swoim chłopakiem i dzieckiem, no i Arleta, też ze swoim
chłopakiem. Tylko ona, biedna Wiktoria nie miała jeszcze swojego chłopaka. I
nagle stało się, to było jak grom z jasnego nieba! Wszystkie jej członki
zaczęły drżeć, gardło wydało cichy jęk, głowa wypełniła się myślami o
pieprzeniu, a w pludrach zaczęło mżyć- wszedł On. Gdyby ktoś w tym momencie
patrzył na Wiki, to później oglądając w "Klanie" Maciusia, powiedziałby:
"gdzieś już widziałem typa". Dużo czasu minęło, zanim doszła do siebie, a
kiedy już ochłonęła, poszła do baru. Wypiła dwie setki na odwagę i już
pijana pierwsza wyszła na parkiet. Zawsze to robiła. Ten moment był jednym z
nielicznych, kiedy czuła się pewna siebie, co jeszcze potęgowała Gorzka
Żołądkowa. Kochała dźwięk perlistego śmiechu swoich koleżanek, kiedy
wywijała obertasy i poleczki. Uwielbiała, kiedy Pan Józek klepał ją po
dupie. A ponad wszystko, dziką satysfakcję sprawiało jej podygiwanie do nut
Seby. Lubiła myśleć, że każde przyciśnięcie przez niego klawisza to jeden
jego dotyk, że każdy dźwięk jest dla niej. Że on gra jej na pełnym morzu, w
kutrze rybackim, podczas gdy ona smaży mu mintaja w aneksie kuchennym. W
końcu musiała przerwać marzenia, gdy widok żabotu, zakładanego tylko na
specjalne okazje przypomniał jej, po co przyszła. Poszła jeszcze tylko
ponownie pociągnąć usta błyszczykiem, przypudrować pryszcze i była gotowa do
ataku. Podeszła. On cały czas grał. W momencie, kiedy uderzał w klawisze w
takt: "zawsze z Tobą chciałbym być..." odezwała się: "Cześć". On nie
przerywał, nadal poświęcał się z pasją grze. "Cześć Seba". Powtórzyła.
Popatrzył na nią i powiedział: "Za godzinę za Kościołem, będę miał wtedy 47
minut przerwy". "Dobrze"- szepnęła z bijącym sercem. Kolejna godzina była
wiekiem. Ciągnęła się badziej, niż ropa z wyciskanych nagminnie pryszczy.
Ale kiedy minęła, Wiki już od siedmiu kwadransów czekała w umówionym miejscu
i zdąrzyła obalić pół miętuska. Spóźniał się. Wiktoria się denerwowała,
przez co nagle stała się plamą pod pachą aż do biodra.
Po minucie nadszedł. Wiart ze wschodu powiał mu płetwę, a promienie
księżyca zalśniły na skroni człowieka myślącego. Podszedł. Stanął i się
gapił. Nic więcej. Gapił się jednak wytwornie. Nie rozdziawiał japy jak
debil. Po prostu lekko się ślinił. Nagle Wiki nie wytrzymała. Wszystko mu
wyznała: że ojciec ją bił, że nigdy nie miała wymarzonego chomika, że
"Afrodyta Adonis" wcale nie jest taka dobra, jak mówiła Aśka, że chce iść do
szkoły policyjnej, bo jej celem jest zabicie skurwiela odpowiedzialnego za
śmierć księżnej Diany, że nigdy nie zabawiała się z poratorem, że kiedy gada
przez telefon, to najbardziej się poci, i na koniec... że go kocha i marzy o
tym, żeby go pocałować. Kiedy skończyła swoją blisko piętnastominutową
tyradę, Seba nadal się gapił. Nie zmienił miny przez całą jej opowieść i
nawet kiedy dobiegła końca, wyglądał jak przy powitaniu. Ale nagle, gdy
ponownie powiał wiatr z zachodu, a szakal począł wyć do księżyca w nowiu,
chłopaka coś tkło. Zassał zwisającą mu z kącika ust ślinę i powidział: "Wiem
wszystko. Też Cię kocham, a dzisiejszego wieczoru będziesz ssać moje jaja,
suko!". W Wiki wezbrała fala uczuć i rzuciła się Sebie na szyję. Poczęła go
całować gwałtowniej nawet niż swoje odbice podczas prób przed lustrem. Jej
język wypełniał cały jego otwór gębowy, a gardło przestało mieć jakiekolwiek
tajemnice. Jeszcze nigdy nie była taka czuła i namiętna. Jej subtelne
pocałunki przestały jednak wystarczać dorosłemu mężczyźnie. Zabrał jej ręce
ze swojej ścierpłej szyi i powiedział: "Teraz dotkniesz czegoś, o czym nawet
Ci się nie śniło". Nie była to do końca prawda, bo Wiki nie raz dotykała
ramion ojca. Szczególnie, gdy odpychała jego ciosy. Ale jednak teraz to nie
było to samo. Pieściła jego nagie, silne ramiona tak delikatnie, jakby były
z betonu. On w odpowiedzi na to zaczął sapać jak parowóz i począł rozbierać
Wiki z falneli. Dzieczyna pierwzy raz, pomijając ojca, pokazała się
mężczyźnie nago, przez co na chwilę poczerwieniała pod pryszczami i
szepnęła: "Chyba nie jestem na to gotowa". Seba tylko uśmiechnął się
pobłażliwie i powiedział: "Będę delikatny, pączuszku". Powiedział Pączuszku,
bo Wiktoria już na pierwszy rzut oka miała grube cyce. Ale jego to jarało.
Gładził ją po nich do momentu kiedy poczuł, że nadeszła już ta chwila. Zdjął
z niej pludry i rzekł: "Zaraz pokażę Ci, jak to jest być kobietą". Oparł ją
o parapet jednego z okien zachrystii przyległej do Kościoła, zdjął wielkie
pludry z jej wielkiej dupy, rozszerzył palcami muszelkę i wszedł. Ona tylko
kwiknęła, bo moment defloracji nie jest powrzechnie przez damy lubiany, ale
za moment już była w niebie. W jej oszalałym umyśle, skrystalizowała się
tylko jedna logiczna myśl: "To sto razy lepsze niż te kureskie paluszki".
Seba był dobry w te klocki. Potrafił tak poprowadzić swojego rumaka, że
lejce właściwie nie były potrzebne, a ostrogi wydawały się zbędnym
szczegółem. Nagle, kiedy Sebie oczy prawie wyszły już z orbit, nasza
początkująca kochanka powiedziała: "A teraz ja pokażę Ci, czego nauczył mnie
brat". Zdjęła z niego spodnie, później czarne skórzane stringi, ujęła w dłoń
jego wielkiego, dziesięciocentymetrowego członka i polizała. Seba wrzasnął z
uciechy, złapał Wiki za włosy, rozkazał otworzyć usta i nadział się na nią
jak na jeżozwierza. Wiki ssała, cignęła i lizała. Łykała, muskała i
podgryzała. Lecz nagle, w momencie największych wrzasków Seby, jego członek
zaczął pulsować i drżeć niepokojąco. Dziewczyna zaniepokoiła się nie na
żarty, więć wyjęła go z ust i zapytała: "Sorry, nic Ci nie jest?". Jej
ostatnie słowo zostało stłumione chlustem białej mazi. "Kretynka"- skwitował
Seba. W tym samym momencie okno się otworzyło i wychylił się z niego młody
wikary w nocnej mycce, a gdy jego zaspanym oczom ukazał się widok dwóch
młodych, zbłąkanych owieczek, krzyknął przeraźliwie: "Wypierdalać zboczeńcy!
Niech was tu nigdy nie widzę, pomyleńcy! Bóg się od was odwrócił tej nocy,
Żydostwo jedne! A kysz, mówię!". Po sekundzie wikary słyszał już tylko
szelest żabotów i tupot młodych stóp. Młoda para uciekła trzymając się za
ręce, śmiejąc się uroczo, świecąc grzechem i białą mazią.
>Wrócili do remizy: Wiki ze swoim chłopakiem. Wszystkim szczęki opadły,
kiedy zobaczyli na wpół przytomną dziewczynę i chłopaka z pokrwawionym
podudziem. Jednak ich to nie obchodziło. Seba usiadł naprzeciwko Wiki,
złapał ją za grube paluchy i wyszeptał czule: "Teraz już jesteś moja. Kocham
Cię. I zawsze będę Cię jebał...". Biedna dziewczyna nigdy nie usłyszała tylu
miłych słów na raz, więc popłakała się szczerze, na co Seba porwał ją w
ramiona zabrał na parkiet i odtańczył pięknego przytulańca z Wiki. "Z moją
Wiki". Jednak nie do końca mógł się oddać przyjemności tańca, bo ucho miał
wrażliwe, a na keybordzie chwilowo był woźny Pietrek który mylił Ich Troje z
Gosią Andrzejewicz. Wiki za to była wniebowzięta. Nie czuła się tak dobrze
od chwili obciągania Sebie. Kochała go. Wreszcie dopięła swego...
Friday, June 22, 2007
By Reja 1812 :)
Klątwa Pająka
Dzisiejszy dzień, pomimo iż słoneczny, wcale takim nie jest. Już tłumaczę dlaczego. Wraz z nadejściem jutrzenki pewne tajemnicze poszlaki zawiodły mnie na Górę Upiorów, ażeby przekazać mi wieść. Ta wieść spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, a jej treść brzmiała złowieszczo: "Olka, w dniu dzisiejszym zawisła na Tobie Klątwa Pająka". Nie mogłam mieć wątpliwości, co to oznacza. Nikt by nie miał. W tym momencie rozpoczął się pierwszy symptom opanowania mnie przez klątwę. Tak zwana INICJACJA (łac. initiationum). Przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz, paznokcie stwardniały, włosy w uszach zaczęły tańczyć skoczną rumbę, a pachy spociły się niemiłosiernie. Podejrzewałam, co za chwilę nastąpi, więc nie wzbraniałam się przed niczem. Nie myliłam się, nadeszło nieuniknione: na moim grzbiecie urosło, jak grzyby po deszczu, osiem par czujnych i wszystkowidzących oczu, a na dłoniach i stopach zakończonych szczękoczułkami pojawiło się ciemne, gęste jak brwi Breżniewa owłosienie. Zamieniałam się w pająka! Ale pierwszy etap miałam już za sobą. Nagle, nie wiadomo skąd, spadła z nieba kartka zaadresowana do mnie. Treść owego skrawka papieru napełniła mnie grozą: "Klątwa tylko wtedy ma swój kres, gdy w dupkę Cie wyrżnie pies." Nie wiedziałam, co wybrać: czy spędzić żywot zamieniona w pająka, czy rzucić swój odbyt na łaskę lub niełaskę napalonego kundla. Jednak chuć była silniejsza, niż rozum i postanowiłam: wejdź we mnie, mój psie! Zahaucz mi, liż mi stópkę!- krzyczałam i w ferworze miłości szukałam po dzielnicy największych okazów. W końcu znalazłam: ten wilczarz był stworzony dla mnie! Zakończył dzieło, zapłacił, jak na dżentelmena przystało i wrócił do budy. Wtem otwarły się niebiosa i przemówił Dobry Bóg: "córko, dlaczego tak zbłądziłaś? Jak mogłaś dać się omamić niecnemu Rokicie? Czy tylko syn mój, Jezus, nie dał się skusić podszeptom Szatana? Jak mogłaś uwierzyć w tę nędzną klątwę, a co gorsza, w przerwanie w tak uwłaczający dla dziewczynki z dobrego domu sposób jej działania? Czy nie uczyłem Cię ustami księdza na katechezie, że trzeba słuchać serca? Za karę spędzisz całe życie, jako trawka narkotyczna. Będziesz się odradzać w nieskończoność w lufce każdego palacza, w skręcie wszelakiego koloru skóry rastamana, w gibonie wszystkich tych, którzy oddają się rutuałowi spożywania świętego ziela. Za każdym razem będziesz płonąć żywym ogniem, a przed oczami będziesz mieć wyświetlany film, na mini czipie, które od teraz będą dołączane do każdej lufki świata, po to, żeby w każdej kolejnej reinkarnacyjnie uwarunkowanej postaci mógły Ci towarzyszyć dwa wspomnienia: seksu z Burkiem i Twojej starej. To jest właśnie Twoje piekło, drogie dziecko. Każdy ma takie piekło, na jakie sobie zasłużył. Jeden, który alkoholizuje się całe życie i żyć nie daje dzieciom, skończy w piekle małżeństwa swoich rodziców, drugi, który rozkochuje w sobie życie całe kobiety, traktując je przy tym nieprzystojnie, piekło będzie miał na własnym narzędziu pracy- wrzód mu zajmie całe przyrodzenie. Także możesz łatwo przypomnieć sobie, na co Ty trwoniłaś swój żywot. Wiedz jednak córko, żem jest miłosierny i nie chcąc uczynić twej wieczności aż tak nieznośną, pozwolę Ci od czasu do czasu, trochę siebie przypalić.
Przez pierwsze 5 minut od zakończenia tej tyrady śmiałam się śmiechem opętańca, a kiedy słowa Pana Wszechrzeczy wreszcie do mnie dotarły, uczucie paniki ogarnęło resztki mojego mózgu. Przez głowę przesuwały się obrazy mnie zamienionej w kawałek konopii indyjskiej, konającej w ogromnej temperaturze, widziałam jak płonę w kawałku szkiełka, zobaczyłam twarz taty, kiedy po raz pierwszy zabrał mnie ze sobą do łazienki, prawie przed oczami miałam pierwszą jedynkę zarobioną w szkole podstawowej, nie wspominając o tym, że wręcz poczułam się znów świadkiem na bierzmowaniu koleżanki. Fatamorgana za fatamorganą! W końcu moja panika sięgnęła zenitu. Powoli najczarniejsze wizje i wspomnienia zaczęły odpływać, a miejsca ustąpiły strachowi i pokorze względem Ojca. Pomyślałam, że jedynym sposobem na odkupienie win będzie ponowne wstąpienie w szeregi Kościoła i długo się nie zastanawiając przedstawiłam swój plan Oku Wszechświata. On, swoim zwyczajem odpowiedział mi dobrotliwie, acz surowo: „Córo, zamysł Twój jest zacny i podziwiam, szczególnie bacząc na bluźnierczy charakter Twoich żartów w ostatnim czasie, że ponownie chcesz uczestniczyć w życiu Kościoła. Chwali Ci się to, ale dopiero wtedy zostaniesz odkupiona i Życie Wieczne spędzisz w Raju, miast w piekle, jeżeli nawrócenie twe będzie szczere i fałszem nieskalane”. Pełna pokory odpowiedziałam: „Przekonasz się, o Panie, że intencje me czyste jak lilia, a myśli bielsze niż kwiat lotosu. Na dowód tego, co powiedziałam, zrzucam wnet spodnie, nakładam habit, a różaniec przyczepiam do kieszeni, zamiast hardkorowego, jak dotąd łańcucha. Z głowy zrzucam spinki i gumki, a koroną cierniową skroń przyozdabiam. Panie, tak wiele jestem w stanie dla Ciebie zrobić, jak nie potrafił nikt z Twych sług. Nie wyprę się już Ciebie, o nie! Nie jestem św. Piotrem!”
Takim oto patetycznym sposobem zakończyłam moją żenującą przemowę i udałam się w nowym przebranku do Zakonu Sióstr Japraciadabek w Ostrołęce by spędzić tam resztę czasu, jaki pozostał mi na tym ziemskim padole. Od wejścia zostało mi nadane imię Magdalena na cześć pierwszej nawróconej w historii chrześcijaństwa, co nie mogło wróżyć lepiej drodze mej poprawy. Szybko przyzwyczaiłam się i pokochałam tamtejszy tryb dnia. Pobudka o 4:30 rano, 15 min. na poranną toaletę, pacierz i zaścielenie pryczy, 4:45- litania do Serca Jezusowego w klasztornej kapliczce, 5:15- śniadanie poprzedzone wspólną modlitwą dziękczynną, 6:15- 8:15- modlitwy dowolne i o wstawiennictwo w kapliczce klasztornej, 8:30- 10:30- prace na rzecz potrzebujących, 10:30- 10:35- masturbacja w toalecie klasztornej, 10:35- 12:35- prace w szwalni, pralni, sprzątanie toalet klasztornych, przygotowanie do Anioła Pańskiego, 12:35- Anioł Pański, 14:00- obiad poprzedzony wspólną modlitwą dziękczynną, 15:00- 15:15- siku, kupa, 15:15- 16:15- modlitwy za Ojca Świętego w osobistych pokojach, 16:15- 16:20- czas wolny, 16:20- 16:25- masturbacja w toalecie klasztornej, 16:30- 18:00- modlitwy wraz z praktykantami teologii i klerykami w przyklasztornym Kościele Matki Boskiej Częstochowskiej w Ostrołęce, 18:00-18:30- seks z praktykantami teologii i klerykami w osobistych pokojach, 18:30- 18:35- toaleta przed kolacją (podmycie waginy, ust i twarzy), 18:35- 19:00- kolacja poprzedzona wspólną modlitwą dziękczynną, 19:00- 20:00- wspólna modlitwa o wybaczenie, spokojny sen i pokój na świecie w kaplicy klasztornej, 20:00- 4:30- sen w pryczy w osobistych pokojach poprzedzony masturbacją krucyfiksem.
Tak miło upływały mi dni na pokucie, modlitwach i pracach w ogrodzie, że nawet zapomniałam po co się znalazłam w tym osobliwym miejscu. Przypomniał mi o tym jednak Bóg Ojciec, gdy pewnego dnia zastał mnie o nieodpowiedniej godzinie 10:32 samą w toalecie. Właśnie w najlepsze oddawałam się modlitwom za samotne matki, kiedy rozwarła się posadzka i zobaczyłam w niej oblicze Pana. „Olka, od Twojej deklaracji minęło już 13 lat, 13 lat spędzonych pięknie i dobrze w miejscu pozbawionym mężczyzn, psów i narzędzi służących do samogwałtu. Żyłaś skromnie, przykładnie i wzorowałaś się na Jezusie („to Jezus masturbował się narzędziem swojej niesprawiedliwej śmierci?”- wnet zdziwiona pomyślałam) i jako, że Ty dotrzymałaś swego postanowienia, teraz ja dotrzymam mojego. Wiedz, że Niebo stoi dla Ciebie otworem, ale mało tego- po Twojej śmierci, beatyfikacja nastąpi szybciej niż w przypadku Jana Pawła II, a Twe relikwie rozdane zostaną tym, których najbardziej w swym uświęconym łaskami życiu przypominałaś- wiodącym pustelniczy żywot Siostrom Nicniepotzebującymdoszczęściaop
Tak to właśnie wróciłam do starego życia, w którym mogłam spać do woli, pić wino z chrzcielnicy, profanować zwłoki i krzyczeć PRAJT. Kiedy teraz zastanawiam się nad tym, co dał mi pobyt w klasztorze oprócz niekwestionowanego szczęścia jakim jest Wieczna Radość w Niebie, dochodzę do wniosku, że wiele. Nauczyłam się, że nie samą pracą i modlitwą żyje człowiek, o czym często zapominałam przedtem, przekonałam się też o najważniejszym: że kiedy jest Ci źle, to cicha modlitwa w przytulnej kaplicy potrafi zdziałać więcej niż nawet najlepszy psychoterapeuta.
Tymi słowy zamknę tę historię i na koniec Was wszystkich zaskoczę, moi drodzy Czytelnicy: to wszystko nie wydarzyło się naprawdę! Haaaaahahahahahhahahaaaa! Mam Was.
:D
Wednesday, May 23, 2007
skrzypek
Koncert zaczął się dość powolnie. Lekkie, przedłużone nuty leniwie ciągnęły się po posadzce i wspinały się do ucha sącząc się jak powietrze przed burzą.Ramię skrzypka szerokimi łukami przeciągało dźwięki i szło to ramię z przodu do tyłu i z powrotem , kilka razy. Z czasem przyśpieszało i spinało się bardziej , a w powietrzu czuło się klimat nadchodzącego sztormu. Słuchacze rozmarzeni i zanurzeni w spokoju coraz szybciej zaczynali machać nogą, palić papierosy , rzucać oczami na boki. Narastające napięcie i prędkość muzyki przemieniły się w skoczną irlandzką piosenkę i naraz pojawiły się wokół skrzypka pary podskakujące i rzucające nogami. Tancerze trzymając się pod boczki kręcili piruety pokrzykując , a ramię skrzypka chodziło coraz szybciej, a smyczek zamiast powolnego ślizgania zaczął szarpać struny brzęczące coraz bardziej , głośniej i szybciej. Gdy więc już cała powierzchnia lokalu tańczyła , wylały się wszystkie prawie piwa ze stołków a papierosy zostawione w popielniczkach przedłużały swoje i tak już długie popioły i wnet miały zgasnąć, Skrzypek jednym sprawnym pociągnięciem smyczka poderżnął sobie gardło, a muzyka zamilkła. Wszyscy zgromadzeni , jak jeden mąż wywalili oczy na szypułkach i opuścili żuchwy do granic możliwości. Krew tryskała z szyi. Brunatno-czerwona plama powiększała się nieustannie, aż dziw że tak mały skrzypek tyle nosi w sobie cieczy. Gdy jednak przestała wyciekać , ciało opadło jak zwiędły kwiat, a ja zupełnie pogodzona z życiem wróciłam do domu.
Tuesday, April 24, 2007
Asertywna Maja noch einmal
Dyskoteka w Komunalnym Domu Zabawy Kuracjusza rozkręcała się swym zwyczajowo wolnym tempem. Wszyscy uczestnicy zabawy popijali wódkę bądź piwo spokojnymi małymi łykami delektując się i konwersując, a w tle przygrywały im spokojne piosnki lat 70-tych. Grono Kuracjuszy już się zabawiało w rytm znanych im przebojów dawno przeminiętej młodości, tańczyli w parach swe romantyczne dansy , niestety jeden z dziadów był niesparowany jak elektron wodoru i (o losie!) tak samo toksyczny. Dziad przedstawił się młodzieży jako Zenon ("Zenek jeste") , ucałował rączki będących tam dziewcząt i zaprosił Maję do tańca. Długo namawiał naszą bohaterkę, do tego żeby z nim zatańczyła. Obiecywał że będzie ostrożny i szarmancki i że będą się razem świetnie bawić. Jednak i tym razem asertywność sparaliżowała dziewuszkę. Maja odpowiedziała mu że nie zatańczy z nim bo przyszła tu aby porozmawiać z przyjaciółmi ,a nie po to żeby ją jakieś stare pryki obłapiały i nadal sączyła swoje piwo.
W kilka kwadransów później całe towarzystwo było już sążnie urżnięte dlatego też nastąpiła pora na wspólne tańcowanie (zarówno młodzież jak i Kuracjuny tańcowali ostro wymiatając kończynami). Rozmyślny Didżej Waldi zarzucił Bitelsów na głośniki i sala dyskotekowa wypełniła się wirującymi ciałami. Starzy i Młodzi nie zważali na bariery wiekowe , a już na pewno nie funkcjonowało tam pojęcie "konfliktu generacji". Tak więc tańczyli ludzie o kulach, w okularach przypominających denka od słoików, dredziarze , dresiarze , hardkorowcy, moherowe berety i krucyfiksy, a w tanecznym rozpasaniu nawet kadłubek spod baru odtańcowywał szalony taniec - połamaniec (tzw. Bredgens). Jednak nigdy życie nie jest tak piękne jak w bajkach , a juz z pewnością piękne życie nie funkcjonuje w tym opowiadaniu. Otóż w pewnym momencie Toksyczny Zenek złapał Maję pod rękę i zaczął wywijać nią to w lewo to w prawo pohukując jak sowa. Tego już było dla Asertywnej za wiele ! Wpadła w szał znany tylko tym nieszczęsnym śmiertelnikom którzy zdołali go przeżyc. Złapała dziada za chybotliwą jego grabkę i rzuciła nim przez ramię jak kukłą. Maja , musicie wiedzieć trenowała kiedyś Tekłondo , to też zadała Zenkowi profesjonalny cios , który spowodował że dziadowska (dosłownie i w przenośni dziadowska) sztuczna szczęka wyleciała z otworu gębowego starca i poszybowała przez całą długość sali, rozbijając po drodze disco kulę. W tym momencie muzyka urwała się w pół nuty , wszyscy zamarli ,a Maja stanęła przed swą "ofiarą" ("ofiarą" w czudzysłowie , bo to przecież Majka została zaatakowana i sie broniła, nie?) splunęła mu na zsunięty z łba tupecik i wyszła z imprezy.Reszta bandy Mai została w KDZK a Maja prowadzona przez swą niebywałą asertywność dotarła na piechotę , aż na tzw. Orlen gdzie zakupiła tuzin browarów, które następnie łąpczywie pochłonęła i już uspokojona wróciła do dystkoteki. Tego dnia przylgnęła jej do facjaty ksywa Niszczycielka i już nigdy żaden dziad się do niej nie przyczepił.
Straszne Ciekawostki !
Nie daleko i całkiem niedawno temu zdarzyło się coś dziwnego. Objawy tego zdarzenia są w psychiatrii nieformalnie opisywane jako pierdolec z chronicznym pijactwem i narkomanią , ale to co Ci powiem to całkowita prawda, choć może się wydać nierealna.
Otóż ,wracając do początku, byłam na suto zakrapianej kolacji piątkowej, w siedzibie Parafialnych Antychrystów i jak zwykle dobrze się bawiłam, z moimi znajomymi, sikając na krucyfiks i pijąc wino z chrzcielnicy , kiedy uświadomiłam sobie z pełną grozą że nadeszła pora na powrót do domu. Tym większym zniesmaczeniem napawała mnie świadomość że droga przede mną ciemna i daleka. Jednak postanowiłam dzielnie, że przemierzę ją tak szybko i tak sprawnie że nawet nie zauważę że szłam. Pomysł tak absurdalny, zrodzony w pijanej głowie nie brał pod uwagę takich przeciwności losu jak pijański niedowład nóg (objawiający się smętnym powłóczeniem syr po chodniku) i brak orientacji w nieznanym terenie. Cóż jednak poradzić na takie problemy, gdy pragnienie znalezienia się czym prędzej w domu jest silniejsze niż racjonalność? Poradzić nic się nie da! Tak wiec ,po nieudolnym nałożeniu fioletowych trzewiczków i serdecznym pożegnaniu z Antychrystami, wyruszyłam przed siebie podśwpiewując wesoło pioseneczkę pt. Hihgway to hell. Przemierzyłam dziarskim krokiem ponad połowę drogi gdy wkroczyłam na chybotliwy, zdradziecki chodniczek poniszczony wybijającymi się dramatycznie korzeniami drzew rosnących w pobliżu. Pech lub szczęście (trudno stwierdzić ,która z tych złowieszczych sił Behemota to sprawiła) chciało że jedna z płyt chodnikowych wystawała grubo ponad wszystkie, a ja w pijackim niedowładzie nóg nie zauważyłam tej nierówności i fatalnie się na niej potknęłam. W locie zdążyłam tylko wykrzyknąć urywek diabelnego przekleństwa i wylądowałam całą powierzchnią facjaty na chodniku. Zamroczyło mnie, a z nosa pociekła kleista, czerwona i słodka ciecz. Poczułam błogie zapadanie się w coś miękkiego, słodkiego i ciepłego. Otworzyłam umęczone oczęta i ujrzałam dziwne mroczne pomieszczenie, przepełnione wszelkiego rodzaju ubraniami i ich zapachem. Po chwili dopiero zrozumiałam że znalazłam się w mistycznej krainie - Szmatlandii.
Jeśli kiedykolwiek czytelniku znalazłeś/łaś się przypadkiem , bądź celowo w Szmatlandii, wiesz zapewne jaki rozgardiasz tam panuje. Natłok koszulek z cekinami, kreszowych dresików, czapek uszatek, powycieranych dżinów z wysokim stanem, marynarek dla niewybrednych dziadów, firanek i zasłonek , uroczych mini plecaczków, rękawiczek na ślub i pogrzeb, torebeczek, butów na koturnie i wyliniałych futer , a przede wszystkim charakterystyczny zapach mieszaniny dymu papierosowego, wydzieliny z pochwy , kurzu i środka czyszcącego podłogi sprawił, że nie mogłam uwierzyć ,że faktycznie ta oto tajemnicza kraina uchyliła przede mną swe otchłanie. Po pobieżnym rozejrzeniu się i ocenieniu że brak w tej krainie jakiegokolwiek zagrożenia ze strony zwałów ciuchów, wytarłam nos, z którego nadal sączyła się krew pomieszana ze smarkami, o jakąś bawełnianą haftowaną chusteczkę po czym schowałam ją do kieszeni i udałam się na dalsze zwiedzanie second-handowego gąszczu. Przepchnąwszy się przez dżunglę majtek na wagę ,ujrzałam stanowisko sprzedawczyni tych nad wyraz wyśmienicie unikalnych towarów. Stanowisko to zbudowane było ze starego biurka w typie "zrób to sam z kartonu i taśmy klejącej" obłożone stertami pojedynczych rękawiczek , wełnianych skarpet i robionej na szydełku bielizny, sama sprzedawczyni zaś wyglądała całkiem normalnie ,jak na kogoś o wystających zębach i zezie rozbieżnym. Panienka ta miała lat około dwudziestu i mimo wyżej wymienionych wad sprawiała wrażenie osoby pociągającej płeć przeciwną, była także uprzejma i dobrze znała zasady manipulowania klientem, co udowodniła mi miłym zapytaniem: - czy mogę w czymś pomóc ?- biorąc mnie za potencjalnego konsumenta. Musiałam uprzejmie odpowiedzieć, że "póki co rozglądam się tylko" i , z pełną radością w sercu,że oto mam okazję eksplorować tę nieprzebraną puszczę szmat i toreb, zabrałam się do przeglądania co ciekawszych egzemplarzy falbankowych sukienek w stylu emo, oldschoolowych dresików- kreszyków , aż w końcu ujrzałam to co chyba sprzedawczyni próbowała ukryć ,a były to STRASZNE CIEKAWOSTKI.
Oczom swoim nie mogłam uwierzyć, bowiem ukazały się przede mną kosze pełne śluzowatej , bulgocącej substancji o nieciekawym zapaszku gotowanej brukselki. Z uwagi na moją niepohamowaną ciekawość zanurzyłam rękę w jednym z takich koszy i okazało się że substancja ta jest o wiele bardziej przyjemna w dotyku niż można by się spodziewać tego po jej wyglądzie. Byłam mile zaskoczona tym że maź była ciepła i miękka jak kocie futro. Wyciągnęłam grabę z kosza i okazało się że jest porośnięta dziwnymi kłakami. Włosy te przypominaly puszystą sierść młodego króliczka i co gorsza posuwaly się od koniuszków palców w górę , tak szybko po półminuty byłam już obrośnięta do połowy ramienia.W mig zrozumialam co się tutaj do cholery dzieje ! Zdradliwa Pani Sprzedawczyni sprzedawała ludzi ,ktorych uprzednio zamienila w chujowe ubranka ! Rozpaczliwie próbowałam zerwać z siebie te klaki - kalabraki ale im zapalczywiej walczylam tym mocniej mnie one porastały... Zaczęłam krzyczeć , ciskać się i rzucać z wściekłości po pokładach nieszcześliwych ludzkich istnień zamienionych w niemodne od dawna szmaty. Siły opuszczały mnie powoli, czułam że drętwieję i że podzielę los czapek uszatek, rękawiczek, majtek, torebek i dresów jako różowawe futrzaste wdzianko dla jakiejś pastelowej cizi. Wreszcie zemdlałam.
Obudził mnie piekący strzał w pysk. Rozchyliłam znużone powieki, ujrzałam park, drzewa , chodniczek i plamę krwi. Wstałam zastanawiając sie co sie właściwie dzieje, po czym przypomniałam sobie okrutne zdarzenia ze Szmatlandii , obejrzałam dokładnie swoje ręce i ku niesamowitej radości zauważyłam że ani śladu różowego futra na mnie nie zostało. Nadal jednak nie mogłam zrozumieć , kto tak perfidnie mnie spoliczkował nie było bowiem wokół mnie ani jednej żywej duszy. Odpaliłam papierosa i podążyłam dalej przed siebie , tym razem ostrożniej stawiając kroki.
Kilka godzin po tym zdarzeniu , gdy obudziłam sie już po raz trzeci w tym opowiadaniu, znalazłam się w swoim pokoju ,pod swoją kołderką. Z uwagi na mega kaca podążyłam do kuchni żeby załyczyć wody z kranu , a następnie udalam się pod prysznic. Jak się okazało, myliłam się twierdząc że z mojego ciała zniknęły wszystkie ślady STRASZNYCH CIEKAWOSTEK. Na moim łonie zamiast typowych kręconych kłaków pojawiło się właśnie to różowe futro... a w kieszeni spodni znalazłam chusteczkę którą niechcący zwędziłam. Po dziś dzień zastanawiam się czyje życie kryje się pod postacią tejże bawełnianej szmatki...