insane scribbler 'll rock Yours pants off!

Tuesday, April 24, 2007

Asertywna Maja noch einmal

Dyskoteka w Komunalnym Domu Zabawy Kuracjusza rozkręcała się swym zwyczajowo wolnym tempem. Wszyscy uczestnicy zabawy popijali wódkę bądź piwo spokojnymi małymi łykami delektując się i konwersując, a w tle przygrywały im spokojne piosnki lat 70-tych. Grono Kuracjuszy już się zabawiało w rytm znanych im przebojów dawno przeminiętej młodości, tańczyli w parach swe romantyczne dansy , niestety jeden z dziadów był niesparowany jak elektron wodoru i (o losie!) tak samo toksyczny. Dziad przedstawił się młodzieży jako Zenon ("Zenek jeste") , ucałował rączki będących tam dziewcząt i zaprosił Maję do tańca. Długo namawiał naszą bohaterkę, do tego żeby z nim zatańczyła. Obiecywał że będzie ostrożny i szarmancki i że będą się razem świetnie bawić. Jednak i tym razem asertywność sparaliżowała dziewuszkę. Maja odpowiedziała mu że nie zatańczy z nim bo przyszła tu aby porozmawiać z przyjaciółmi ,a nie po to żeby ją jakieś stare pryki obłapiały i nadal sączyła swoje piwo.

W kilka kwadransów później całe towarzystwo było już sążnie urżnięte dlatego też nastąpiła pora na wspólne tańcowanie (zarówno młodzież jak i Kuracjuny tańcowali ostro wymiatając kończynami). Rozmyślny Didżej Waldi zarzucił Bitelsów na głośniki i sala dyskotekowa wypełniła się wirującymi ciałami. Starzy i Młodzi nie zważali na bariery wiekowe , a już na pewno nie funkcjonowało tam pojęcie "konfliktu generacji". Tak więc tańczyli ludzie o kulach, w okularach przypominających denka od słoików, dredziarze , dresiarze , hardkorowcy, moherowe berety i krucyfiksy, a w tanecznym rozpasaniu nawet kadłubek spod baru odtańcowywał szalony taniec - połamaniec (tzw. Bredgens). Jednak nigdy życie nie jest tak piękne jak w bajkach , a juz z pewnością piękne życie nie funkcjonuje w tym opowiadaniu. Otóż w pewnym momencie Toksyczny Zenek złapał Maję pod rękę i zaczął wywijać nią to w lewo to w prawo pohukując jak sowa. Tego już było dla Asertywnej za wiele ! Wpadła w szał znany tylko tym nieszczęsnym śmiertelnikom którzy zdołali go przeżyc. Złapała dziada za chybotliwą jego grabkę i rzuciła nim przez ramię jak kukłą. Maja , musicie wiedzieć trenowała kiedyś Tekłondo , to też zadała Zenkowi profesjonalny cios , który spowodował że dziadowska (dosłownie i w przenośni dziadowska) sztuczna szczęka wyleciała z otworu gębowego starca i poszybowała przez całą długość sali, rozbijając po drodze disco kulę. W tym momencie muzyka urwała się w pół nuty , wszyscy zamarli ,a Maja stanęła przed swą "ofiarą" ("ofiarą" w czudzysłowie , bo to przecież Majka została zaatakowana i sie broniła, nie?) splunęła mu na zsunięty z łba tupecik i wyszła z imprezy.
Reszta bandy Mai została w KDZK a Maja prowadzona przez swą niebywałą asertywność dotarła na piechotę , aż na tzw. Orlen gdzie zakupiła tuzin browarów, które następnie łąpczywie pochłonęła i już uspokojona wróciła do dystkoteki. Tego dnia przylgnęła jej do facjaty ksywa Niszczycielka i już nigdy żaden dziad się do niej nie przyczepił.

Straszne Ciekawostki !

Nie daleko i całkiem niedawno temu zdarzyło się coś dziwnego. Objawy tego zdarzenia są w psychiatrii nieformalnie opisywane jako pierdolec z chronicznym pijactwem i narkomanią , ale to co Ci powiem to całkowita prawda, choć może się wydać nierealna.
Otóż ,wracając do początku, byłam na suto zakrapianej kolacji piątkowej, w siedzibie Parafialnych Antychrystów i jak zwykle dobrze się bawiłam, z moimi znajomymi, sikając na krucyfiks i pijąc wino z chrzcielnicy , kiedy uświadomiłam sobie z pełną grozą że nadeszła pora na powrót do domu. Tym większym zniesmaczeniem napawała mnie świadomość że droga przede mną ciemna i daleka. Jednak postanowiłam dzielnie, że przemierzę ją tak szybko i tak sprawnie że nawet nie zauważę że szłam. Pomysł tak absurdalny, zrodzony w pijanej głowie nie brał pod uwagę takich przeciwności losu jak pijański niedowład nóg (objawiający się smętnym powłóczeniem syr po chodniku) i brak orientacji w nieznanym terenie. Cóż jednak poradzić na takie problemy, gdy pragnienie znalezienia się czym prędzej w domu jest silniejsze niż racjonalność? Poradzić nic się nie da! Tak wiec ,po nieudolnym nałożeniu fioletowych trzewiczków i serdecznym pożegnaniu z Antychrystami, wyruszyłam przed siebie podśwpiewując wesoło pioseneczkę pt. Hihgway to hell. Przemierzyłam dziarskim krokiem ponad połowę drogi gdy wkroczyłam na chybotliwy, zdradziecki chodniczek poniszczony wybijającymi się dramatycznie korzeniami drzew rosnących w pobliżu. Pech lub szczęście (trudno stwierdzić ,która z tych złowieszczych sił Behemota to sprawiła) chciało że jedna z płyt chodnikowych wystawała grubo ponad wszystkie, a ja w pijackim niedowładzie nóg nie zauważyłam tej nierówności i fatalnie się na niej potknęłam. W locie zdążyłam tylko wykrzyknąć urywek diabelnego przekleństwa i wylądowałam całą powierzchnią facjaty na chodniku. Zamroczyło mnie, a z nosa pociekła kleista, czerwona i słodka ciecz. Poczułam błogie zapadanie się w coś miękkiego, słodkiego i ciepłego. Otworzyłam umęczone oczęta i ujrzałam dziwne mroczne pomieszczenie, przepełnione wszelkiego rodzaju ubraniami i ich zapachem. Po chwili dopiero zrozumiałam że znalazłam się w mistycznej krainie - Szmatlandii.
Jeśli kiedykolwiek czytelniku znalazłeś/łaś się przypadkiem , bądź celowo w Szmatlandii, wiesz zapewne jaki rozgardiasz tam panuje. Natłok koszulek z cekinami, kreszowych dresików, czapek uszatek, powycieranych dżinów z wysokim stanem, marynarek dla niewybrednych dziadów, firanek i zasłonek , uroczych mini plecaczków, rękawiczek na ślub i pogrzeb, torebeczek, butów na koturnie i wyliniałych futer , a przede wszystkim charakterystyczny zapach mieszaniny dymu papierosowego, wydzieliny z pochwy , kurzu i środka czyszcącego podłogi sprawił, że nie mogłam uwierzyć ,że faktycznie ta oto tajemnicza kraina uchyliła przede mną swe otchłanie. Po pobieżnym rozejrzeniu się i ocenieniu że brak w tej krainie jakiegokolwiek zagrożenia ze strony zwałów ciuchów, wytarłam nos, z którego nadal sączyła się krew pomieszana ze smarkami, o jakąś bawełnianą haftowaną chusteczkę po czym schowałam ją do kieszeni i udałam się na dalsze zwiedzanie second-handowego gąszczu. Przepchnąwszy się przez dżunglę majtek na wagę ,ujrzałam stanowisko sprzedawczyni tych nad wyraz wyśmienicie unikalnych towarów. Stanowisko to zbudowane było ze starego biurka w typie "zrób to sam z kartonu i taśmy klejącej" obłożone stertami pojedynczych rękawiczek , wełnianych skarpet i robionej na szydełku bielizny, sama sprzedawczyni zaś wyglądała całkiem normalnie ,jak na kogoś o wystających zębach i zezie rozbieżnym. Panienka ta miała lat około dwudziestu i mimo wyżej wymienionych wad sprawiała wrażenie osoby pociągającej płeć przeciwną, była także uprzejma i dobrze znała zasady manipulowania klientem, co udowodniła mi miłym zapytaniem: - czy mogę w czymś pomóc ?- biorąc mnie za potencjalnego konsumenta. Musiałam uprzejmie odpowiedzieć, że "póki co rozglądam się tylko" i , z pełną radością w sercu,że oto mam okazję eksplorować tę nieprzebraną puszczę szmat i toreb, zabrałam się do przeglądania co ciekawszych egzemplarzy falbankowych sukienek w stylu emo, oldschoolowych dresików- kreszyków , aż w końcu ujrzałam to co chyba sprzedawczyni próbowała ukryć ,a były to STRASZNE CIEKAWOSTKI.
Oczom swoim nie mogłam uwierzyć, bowiem ukazały się przede mną kosze pełne śluzowatej , bulgocącej substancji o nieciekawym zapaszku gotowanej brukselki. Z uwagi na moją niepohamowaną ciekawość zanurzyłam rękę w jednym z takich koszy i okazało się że substancja ta jest o wiele bardziej przyjemna w dotyku niż można by się spodziewać tego po jej wyglądzie. Byłam mile zaskoczona tym że maź była ciepła i miękka jak kocie futro. Wyciągnęłam grabę z kosza i okazało się że jest porośnięta dziwnymi kłakami. Włosy te przypominaly puszystą sierść młodego króliczka i co gorsza posuwaly się od koniuszków palców w górę , tak szybko po półminuty byłam już obrośnięta do połowy ramienia.W mig zrozumialam co się tutaj do cholery dzieje ! Zdradliwa Pani Sprzedawczyni sprzedawała ludzi ,ktorych uprzednio zamienila w chujowe ubranka ! Rozpaczliwie próbowałam zerwać z siebie te klaki - kalabraki ale im zapalczywiej walczylam tym mocniej mnie one porastały... Zaczęłam krzyczeć , ciskać się i rzucać z wściekłości po pokładach nieszcześliwych ludzkich istnień zamienionych w niemodne od dawna szmaty. Siły opuszczały mnie powoli, czułam że drętwieję i że podzielę los czapek uszatek, rękawiczek, majtek, torebek i dresów jako różowawe futrzaste wdzianko dla jakiejś pastelowej cizi. Wreszcie zemdlałam.
Obudził mnie piekący strzał w pysk. Rozchyliłam znużone powieki, ujrzałam park, drzewa , chodniczek i plamę krwi. Wstałam zastanawiając sie co sie właściwie dzieje, po czym przypomniałam sobie okrutne zdarzenia ze Szmatlandii , obejrzałam dokładnie swoje ręce i ku niesamowitej radości zauważyłam że ani śladu różowego futra na mnie nie zostało. Nadal jednak nie mogłam zrozumieć , kto tak perfidnie mnie spoliczkował nie było bowiem wokół mnie ani jednej żywej duszy. Odpaliłam papierosa i podążyłam dalej przed siebie , tym razem ostrożniej stawiając kroki.
Kilka godzin po tym zdarzeniu , gdy obudziłam sie już po raz trzeci w tym opowiadaniu, znalazłam się w swoim pokoju ,pod swoją kołderką. Z uwagi na mega kaca podążyłam do kuchni żeby załyczyć wody z kranu , a następnie udalam się pod prysznic. Jak się okazało, myliłam się twierdząc że z mojego ciała zniknęły wszystkie ślady STRASZNYCH CIEKAWOSTEK. Na moim łonie zamiast typowych kręconych kłaków pojawiło się właśnie to różowe futro... a w kieszeni spodni znalazłam chusteczkę którą niechcący zwędziłam. Po dziś dzień zastanawiam się czyje życie kryje się pod postacią tejże bawełnianej szmatki...

Contributors