insane scribbler 'll rock Yours pants off!

Tuesday, June 26, 2007

Marzenia Wikarego część I i II by Reya 1812

Wiktoria była młodo dziewczyno z Bytomia. Cale jej życie sprowadzało się do
gromadzenia zapasów na lato (które jak wiemy, jest w Bytomiu wyjątkowo
mroźne i przebrnąć przez nie udaje się tylko tym śmiałkom, którzy mają w
rodzinie strażaków, albo weterynarzy) oraz do chodzenia na potańcówki do
okolicznej remizy, w której notabene pracował jej brat. Zawsze przed taką
prywatką kupowała czternaście paczek paluszków z Biedronki i osiem opakowań
delicji szampńskich. Zsumowana liczba tych wiktuałów dawała wiek chłopca,
który był w remize kaowcem. Wiki zakochała się w nim stosunkowo późno.
Chociaż bawiła się tam co piątek, dopiero tego wieczoru, kiedy Seba odstawił
wspaniałą solówkę na keybordzie, dziewczyna poczuła, że musi mieć chopca o
tak zwinnych palcach. Oprócz tego imponował jej modną w kraju naszych
sąsiadów fryzurą: czeską płetwą. Trzeba wspomnieć, że Wiki kochała się w nim
skrycie, bo jej pwność siebie została nadszarpnięta po tym, jak pewnego
zimowego, upalnego poranka ktoś nazwał ją pęczniejącym wrzodem. Niektórzy
też wołali na nią grube nogi, tłusta grzywa, śmiedzący chuch i plama pod
pachą aż do biodra, ale były to przypadki sporadyczne i nie tak raniące jak
PĘCZNIEJĄCY WRZÓD. Jednak pomimo, iż została jej uświadomiona ta okrutna
prawda, nasza bohaterka nie rezygnowała z tańca w remizie, chęć obserwowania
Seby przez te kilka godzin była od niej silniejsza. Na początku wystarczało
jej. kiedy kupowała swoje 24 opakowania łakoci, czuła się jakby to jego
wiozła w koszyku. Ale kiedy została wyprowadzona z Biedronki przez
ochroniarza po tym, jak tarzała się po niezapłaconym towarze i wpychała
sobie paluszki do kanału pochwowego, postanowiła, że musi zrobić ten
pierwszy krok. Chciała siedzieć z nim na kocu i patrzeć się niego godzinami.
Marzyła o dotyku jego dłoni pianisty. Jej fantazje senne ograniczały się
tylko do widoku Jego wyciskającego jej pulsujące pryszcze. Kupiła nawet
specjalną szczotkę z metalową rączką, w razie gdyby poprosił ją o
przeczesanie płetwy. Postanowiła, że na nastepnym wieczorku tanecznym
zagada, kiedy będzie miał przerwę.
>Nadszedł piątek. Od świtu Wiktoria stała przed lustrem i mierzyła
niezliczone kombinacje strojów: to na uwodzicielkę, to na zimną księżniczkę,
to na perwersyjną uczennicę.... W rezultacie zdecydowała się na "diabła
wcielonego". Wyglądała przecudnie. Zwiewna plisowana spódnica w kolorze
andaluzyjskiego nieba była stworzona do obrotów na parkiecie, a flanelowa,
żółta koszula z dyskretnym żabotem ecri tylko czekała na to, żeby ktoś ją
zerwał w porywie szału zmysłów. Tego dnia dziewczyna użyła więcej toniku do
twarzy "Afrodyta Adonis" i nałożyła podwójną wartstwę fluidu "Bella", przez
co jej cera nabrała zdrowego, pomarańczowego kolorytu. Na koniec musnęła
usta błyszczykiem o smaku truskawki i psiknęła nadgarstki swoim ulubionym
zapachem "Być może...Paryż". Kojarzyły jej się z zapachem Seby, który, jak
się dowiedziała od woźnego remizy, używał "Przemysławki".
>Tak wypiękniona kobieta o wyglądzie diabła wcielonego poszła dopinać swego
do remizy. Przyszła wcześniej, żeby zająć miejsce jak najbliżej swojego
keybordzisty i musiała jeszcze trochę poczekać, zanim zaczną schodzić się
ludzie, bo o 6 rano w sali zabaw była tylko sprzątaczka strojąca salę.
Podczas tego oczekiwania usta zaczęły ją piec od soli z dziesięciu
zjedzonych przez nią paczek paluszków, a żołądek odmawiał posłuszeństwa po
nadmiarze zjedzonych delicji.
>W końcu jednak zaczęli napływać rządni zabawy. Przyszła Kryśka z klasy
Wiktorii w zawodówce ze swoim chłopakiem, ta jehowa Malwa ze swoim
chłopakiem, Daga ze swoim chłopakiem i dzieckiem, no i Arleta, też ze swoim
chłopakiem. Tylko ona, biedna Wiktoria nie miała jeszcze swojego chłopaka. I
nagle stało się, to było jak grom z jasnego nieba! Wszystkie jej członki
zaczęły drżeć, gardło wydało cichy jęk, głowa wypełniła się myślami o
pieprzeniu, a w pludrach zaczęło mżyć- wszedł On. Gdyby ktoś w tym momencie
patrzył na Wiki, to później oglądając w "Klanie" Maciusia, powiedziałby:
"gdzieś już widziałem typa". Dużo czasu minęło, zanim doszła do siebie, a
kiedy już ochłonęła, poszła do baru. Wypiła dwie setki na odwagę i już
pijana pierwsza wyszła na parkiet. Zawsze to robiła. Ten moment był jednym z
nielicznych, kiedy czuła się pewna siebie, co jeszcze potęgowała Gorzka
Żołądkowa. Kochała dźwięk perlistego śmiechu swoich koleżanek, kiedy
wywijała obertasy i poleczki. Uwielbiała, kiedy Pan Józek klepał ją po
dupie. A ponad wszystko, dziką satysfakcję sprawiało jej podygiwanie do nut
Seby. Lubiła myśleć, że każde przyciśnięcie przez niego klawisza to jeden
jego dotyk, że każdy dźwięk jest dla niej. Że on gra jej na pełnym morzu, w
kutrze rybackim, podczas gdy ona smaży mu mintaja w aneksie kuchennym. W
końcu musiała przerwać marzenia, gdy widok żabotu, zakładanego tylko na
specjalne okazje przypomniał jej, po co przyszła. Poszła jeszcze tylko
ponownie pociągnąć usta błyszczykiem, przypudrować pryszcze i była gotowa do
ataku. Podeszła. On cały czas grał. W momencie, kiedy uderzał w klawisze w
takt: "zawsze z Tobą chciałbym być..." odezwała się: "Cześć". On nie
przerywał, nadal poświęcał się z pasją grze. "Cześć Seba". Powtórzyła.
Popatrzył na nią i powiedział: "Za godzinę za Kościołem, będę miał wtedy 47
minut przerwy". "Dobrze"- szepnęła z bijącym sercem. Kolejna godzina była
wiekiem. Ciągnęła się badziej, niż ropa z wyciskanych nagminnie pryszczy.
Ale kiedy minęła, Wiki już od siedmiu kwadransów czekała w umówionym miejscu
i zdąrzyła obalić pół miętuska. Spóźniał się. Wiktoria się denerwowała,
przez co nagle stała się plamą pod pachą aż do biodra.
Po minucie nadszedł. Wiart ze wschodu powiał mu płetwę, a promienie
księżyca zalśniły na skroni człowieka myślącego. Podszedł. Stanął i się
gapił. Nic więcej. Gapił się jednak wytwornie. Nie rozdziawiał japy jak
debil. Po prostu lekko się ślinił. Nagle Wiki nie wytrzymała. Wszystko mu
wyznała: że ojciec ją bił, że nigdy nie miała wymarzonego chomika, że
"Afrodyta Adonis" wcale nie jest taka dobra, jak mówiła Aśka, że chce iść do
szkoły policyjnej, bo jej celem jest zabicie skurwiela odpowiedzialnego za
śmierć księżnej Diany, że nigdy nie zabawiała się z poratorem, że kiedy gada
przez telefon, to najbardziej się poci, i na koniec... że go kocha i marzy o
tym, żeby go pocałować. Kiedy skończyła swoją blisko piętnastominutową
tyradę, Seba nadal się gapił. Nie zmienił miny przez całą jej opowieść i
nawet kiedy dobiegła końca, wyglądał jak przy powitaniu. Ale nagle, gdy
ponownie powiał wiatr z zachodu, a szakal począł wyć do księżyca w nowiu,
chłopaka coś tkło. Zassał zwisającą mu z kącika ust ślinę i powidział: "Wiem
wszystko. Też Cię kocham, a dzisiejszego wieczoru będziesz ssać moje jaja,
suko!". W Wiki wezbrała fala uczuć i rzuciła się Sebie na szyję. Poczęła go
całować gwałtowniej nawet niż swoje odbice podczas prób przed lustrem. Jej
język wypełniał cały jego otwór gębowy, a gardło przestało mieć jakiekolwiek
tajemnice. Jeszcze nigdy nie była taka czuła i namiętna. Jej subtelne
pocałunki przestały jednak wystarczać dorosłemu mężczyźnie. Zabrał jej ręce
ze swojej ścierpłej szyi i powiedział: "Teraz dotkniesz czegoś, o czym nawet
Ci się nie śniło". Nie była to do końca prawda, bo Wiki nie raz dotykała
ramion ojca. Szczególnie, gdy odpychała jego ciosy. Ale jednak teraz to nie
było to samo. Pieściła jego nagie, silne ramiona tak delikatnie, jakby były
z betonu. On w odpowiedzi na to zaczął sapać jak parowóz i począł rozbierać
Wiki z falneli. Dzieczyna pierwzy raz, pomijając ojca, pokazała się
mężczyźnie nago, przez co na chwilę poczerwieniała pod pryszczami i
szepnęła: "Chyba nie jestem na to gotowa". Seba tylko uśmiechnął się
pobłażliwie i powiedział: "Będę delikatny, pączuszku". Powiedział Pączuszku,
bo Wiktoria już na pierwszy rzut oka miała grube cyce. Ale jego to jarało.
Gładził ją po nich do momentu kiedy poczuł, że nadeszła już ta chwila. Zdjął
z niej pludry i rzekł: "Zaraz pokażę Ci, jak to jest być kobietą". Oparł ją
o parapet jednego z okien zachrystii przyległej do Kościoła, zdjął wielkie
pludry z jej wielkiej dupy, rozszerzył palcami muszelkę i wszedł. Ona tylko
kwiknęła, bo moment defloracji nie jest powrzechnie przez damy lubiany, ale
za moment już była w niebie. W jej oszalałym umyśle, skrystalizowała się
tylko jedna logiczna myśl: "To sto razy lepsze niż te kureskie paluszki".
Seba był dobry w te klocki. Potrafił tak poprowadzić swojego rumaka, że
lejce właściwie nie były potrzebne, a ostrogi wydawały się zbędnym
szczegółem. Nagle, kiedy Sebie oczy prawie wyszły już z orbit, nasza
początkująca kochanka powiedziała: "A teraz ja pokażę Ci, czego nauczył mnie
brat". Zdjęła z niego spodnie, później czarne skórzane stringi, ujęła w dłoń
jego wielkiego, dziesięciocentymetrowego członka i polizała. Seba wrzasnął z
uciechy, złapał Wiki za włosy, rozkazał otworzyć usta i nadział się na nią
jak na jeżozwierza. Wiki ssała, cignęła i lizała. Łykała, muskała i
podgryzała. Lecz nagle, w momencie największych wrzasków Seby, jego członek
zaczął pulsować i drżeć niepokojąco. Dziewczyna zaniepokoiła się nie na
żarty, więć wyjęła go z ust i zapytała: "Sorry, nic Ci nie jest?". Jej
ostatnie słowo zostało stłumione chlustem białej mazi. "Kretynka"- skwitował
Seba. W tym samym momencie okno się otworzyło i wychylił się z niego młody
wikary w nocnej mycce, a gdy jego zaspanym oczom ukazał się widok dwóch
młodych, zbłąkanych owieczek, krzyknął przeraźliwie: "Wypierdalać zboczeńcy!
Niech was tu nigdy nie widzę, pomyleńcy! Bóg się od was odwrócił tej nocy,
Żydostwo jedne! A kysz, mówię!". Po sekundzie wikary słyszał już tylko
szelest żabotów i tupot młodych stóp. Młoda para uciekła trzymając się za
ręce, śmiejąc się uroczo, świecąc grzechem i białą mazią.
>Wrócili do remizy: Wiki ze swoim chłopakiem. Wszystkim szczęki opadły,
kiedy zobaczyli na wpół przytomną dziewczynę i chłopaka z pokrwawionym
podudziem. Jednak ich to nie obchodziło. Seba usiadł naprzeciwko Wiki,
złapał ją za grube paluchy i wyszeptał czule: "Teraz już jesteś moja. Kocham
Cię. I zawsze będę Cię jebał...". Biedna dziewczyna nigdy nie usłyszała tylu
miłych słów na raz, więc popłakała się szczerze, na co Seba porwał ją w
ramiona zabrał na parkiet i odtańczył pięknego przytulańca z Wiki. "Z moją
Wiki". Jednak nie do końca mógł się oddać przyjemności tańca, bo ucho miał
wrażliwe, a na keybordzie chwilowo był woźny Pietrek który mylił Ich Troje z
Gosią Andrzejewicz. Wiki za to była wniebowzięta. Nie czuła się tak dobrze
od chwili obciągania Sebie. Kochała go. Wreszcie dopięła swego...

Friday, June 22, 2007

By Reja 1812 :)

Klątwa Pająka

Dzisiejszy dzień, pomimo iż słoneczny, wcale takim nie jest. Już tłumaczę dlaczego. Wraz z nadejściem jutrzenki pewne tajemnicze poszlaki zawiodły mnie na Górę Upiorów, ażeby przekazać mi wieść. Ta wieść spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, a jej treść brzmiała złowieszczo: "Olka, w dniu dzisiejszym zawisła na Tobie Klątwa Pająka". Nie mogłam mieć wątpliwości, co to oznacza. Nikt by nie miał. W tym momencie rozpoczął się pierwszy symptom opanowania mnie przez klątwę. Tak zwana INICJACJA (łac. initiationum). Przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz, paznokcie stwardniały, włosy w uszach zaczęły tańczyć skoczną rumbę, a pachy spociły się niemiłosiernie. Podejrzewałam, co za chwilę nastąpi, więc nie wzbraniałam się przed niczem. Nie myliłam się, nadeszło nieuniknione: na moim grzbiecie urosło, jak grzyby po deszczu, osiem par czujnych i wszystkowidzących oczu, a na dłoniach i stopach zakończonych szczękoczułkami pojawiło się ciemne, gęste jak brwi Breżniewa owłosienie. Zamieniałam się w pająka! Ale pierwszy etap miałam już za sobą. Nagle, nie wiadomo skąd, spadła z nieba kartka zaadresowana do mnie. Treść owego skrawka papieru napełniła mnie grozą: "Klątwa tylko wtedy ma swój kres, gdy w dupkę Cie wyrżnie pies." Nie wiedziałam, co wybrać: czy spędzić żywot zamieniona w pająka, czy rzucić swój odbyt na łaskę lub niełaskę napalonego kundla. Jednak chuć była silniejsza, niż rozum i postanowiłam: wejdź we mnie, mój psie! Zahaucz mi, liż mi stópkę!- krzyczałam i w ferworze miłości szukałam po dzielnicy największych okazów. W końcu znalazłam: ten wilczarz był stworzony dla mnie! Zakończył dzieło, zapłacił, jak na dżentelmena przystało i wrócił do budy. Wtem otwarły się niebiosa i przemówił Dobry Bóg: "córko, dlaczego tak zbłądziłaś? Jak mogłaś dać się omamić niecnemu Rokicie? Czy tylko syn mój, Jezus, nie dał się skusić podszeptom Szatana? Jak mogłaś uwierzyć w tę nędzną klątwę, a co gorsza, w przerwanie w tak uwłaczający dla dziewczynki z dobrego domu sposób jej działania? Czy nie uczyłem Cię ustami księdza na katechezie, że trzeba słuchać serca? Za karę spędzisz całe życie, jako trawka narkotyczna. Będziesz się odradzać w nieskończoność w lufce każdego palacza, w skręcie wszelakiego koloru skóry rastamana, w gibonie wszystkich tych, którzy oddają się rutuałowi spożywania świętego ziela. Za każdym razem będziesz płonąć żywym ogniem, a przed oczami będziesz mieć wyświetlany film, na mini czipie, które od teraz będą dołączane do każdej lufki świata, po to, żeby w każdej kolejnej reinkarnacyjnie uwarunkowanej postaci mógły Ci towarzyszyć dwa wspomnienia: seksu z Burkiem i Twojej starej. To jest właśnie Twoje piekło, drogie dziecko. Każdy ma takie piekło, na jakie sobie zasłużył. Jeden, który alkoholizuje się całe życie i żyć nie daje dzieciom, skończy w piekle małżeństwa swoich rodziców, drugi, który rozkochuje w sobie życie całe kobiety, traktując je przy tym nieprzystojnie, piekło będzie miał na własnym narzędziu pracy- wrzód mu zajmie całe przyrodzenie. Także możesz łatwo przypomnieć sobie, na co Ty trwoniłaś swój żywot. Wiedz jednak córko, żem jest miłosierny i nie chcąc uczynić twej wieczności aż tak nieznośną, pozwolę Ci od czasu do czasu, trochę siebie przypalić.

Przez pierwsze 5 minut od zakończenia tej tyrady śmiałam się śmiechem opętańca, a kiedy słowa Pana Wszechrzeczy wreszcie do mnie dotarły, uczucie paniki ogarnęło resztki mojego mózgu. Przez głowę przesuwały się obrazy mnie zamienionej w kawałek konopii indyjskiej, konającej w ogromnej temperaturze, widziałam jak płonę w kawałku szkiełka, zobaczyłam twarz taty, kiedy po raz pierwszy zabrał mnie ze sobą do łazienki, prawie przed oczami miałam pierwszą jedynkę zarobioną w szkole podstawowej, nie wspominając o tym, że wręcz poczułam się znów świadkiem na bierzmowaniu koleżanki. Fatamorgana za fatamorganą! W końcu moja panika sięgnęła zenitu. Powoli najczarniejsze wizje i wspomnienia zaczęły odpływać, a miejsca ustąpiły strachowi i pokorze względem Ojca. Pomyślałam, że jedynym sposobem na odkupienie win będzie ponowne wstąpienie w szeregi Kościoła i długo się nie zastanawiając przedstawiłam swój plan Oku Wszechświata. On, swoim zwyczajem odpowiedział mi dobrotliwie, acz surowo: „Córo, zamysł Twój jest zacny i podziwiam, szczególnie bacząc na bluźnierczy charakter Twoich żartów w ostatnim czasie, że ponownie chcesz uczestniczyć w życiu Kościoła. Chwali Ci się to, ale dopiero wtedy zostaniesz odkupiona i Życie Wieczne spędzisz w Raju, miast w piekle, jeżeli nawrócenie twe będzie szczere i fałszem nieskalane”. Pełna pokory odpowiedziałam: „Przekonasz się, o Panie, że intencje me czyste jak lilia, a myśli bielsze niż kwiat lotosu. Na dowód tego, co powiedziałam, zrzucam wnet spodnie, nakładam habit, a różaniec przyczepiam do kieszeni, zamiast hardkorowego, jak dotąd łańcucha. Z głowy zrzucam spinki i gumki, a koroną cierniową skroń przyozdabiam. Panie, tak wiele jestem w stanie dla Ciebie zrobić, jak nie potrafił nikt z Twych sług. Nie wyprę się już Ciebie, o nie! Nie jestem św. Piotrem!”

Takim oto patetycznym sposobem zakończyłam moją żenującą przemowę i udałam się w nowym przebranku do Zakonu Sióstr Japraciadabek w Ostrołęce by spędzić tam resztę czasu, jaki pozostał mi na tym ziemskim padole. Od wejścia zostało mi nadane imię Magdalena na cześć pierwszej nawróconej w historii chrześcijaństwa, co nie mogło wróżyć lepiej drodze mej poprawy. Szybko przyzwyczaiłam się i pokochałam tamtejszy tryb dnia. Pobudka o 4:30 rano, 15 min. na poranną toaletę, pacierz i zaścielenie pryczy, 4:45- litania do Serca Jezusowego w klasztornej kapliczce, 5:15- śniadanie poprzedzone wspólną modlitwą dziękczynną, 6:15- 8:15- modlitwy dowolne i o wstawiennictwo w kapliczce klasztornej, 8:30- 10:30- prace na rzecz potrzebujących, 10:30- 10:35- masturbacja w toalecie klasztornej, 10:35- 12:35- prace w szwalni, pralni, sprzątanie toalet klasztornych, przygotowanie do Anioła Pańskiego, 12:35- Anioł Pański, 14:00- obiad poprzedzony wspólną modlitwą dziękczynną, 15:00- 15:15- siku, kupa, 15:15- 16:15- modlitwy za Ojca Świętego w osobistych pokojach, 16:15- 16:20- czas wolny, 16:20- 16:25- masturbacja w toalecie klasztornej, 16:30- 18:00- modlitwy wraz z praktykantami teologii i klerykami w przyklasztornym Kościele Matki Boskiej Częstochowskiej w Ostrołęce, 18:00-18:30- seks z praktykantami teologii i klerykami w osobistych pokojach, 18:30- 18:35- toaleta przed kolacją (podmycie waginy, ust i twarzy), 18:35- 19:00- kolacja poprzedzona wspólną modlitwą dziękczynną, 19:00- 20:00- wspólna modlitwa o wybaczenie, spokojny sen i pokój na świecie w kaplicy klasztornej, 20:00- 4:30- sen w pryczy w osobistych pokojach poprzedzony masturbacją krucyfiksem.

Tak miło upływały mi dni na pokucie, modlitwach i pracach w ogrodzie, że nawet zapomniałam po co się znalazłam w tym osobliwym miejscu. Przypomniał mi o tym jednak Bóg Ojciec, gdy pewnego dnia zastał mnie o nieodpowiedniej godzinie 10:32 samą w toalecie. Właśnie w najlepsze oddawałam się modlitwom za samotne matki, kiedy rozwarła się posadzka i zobaczyłam w niej oblicze Pana. „Olka, od Twojej deklaracji minęło już 13 lat, 13 lat spędzonych pięknie i dobrze w miejscu pozbawionym mężczyzn, psów i narzędzi służących do samogwałtu. Żyłaś skromnie, przykładnie i wzorowałaś się na Jezusie („to Jezus masturbował się narzędziem swojej niesprawiedliwej śmierci?”- wnet zdziwiona pomyślałam) i jako, że Ty dotrzymałaś swego postanowienia, teraz ja dotrzymam mojego. Wiedz, że Niebo stoi dla Ciebie otworem, ale mało tego- po Twojej śmierci, beatyfikacja nastąpi szybciej niż w przypadku Jana Pawła II, a Twe relikwie rozdane zostaną tym, których najbardziej w swym uświęconym łaskami życiu przypominałaś- wiodącym pustelniczy żywot Siostrom Nicniepotzebującymdoszczęściaoprócztrójcyświętejikawałkachleba. Zaszczyt, który Cię spotkał to wspólna decyzja moja, mojego syna, jego matki i św. Piotra. 4 razy tak. Obserwując Twoje życie znad chmur, rwałem włos za włosem, pochłaniałem ogromne ilości wódki, widząc, ale niedowierzając tej ogromnej przemianie, która w Tobie, Droga Córko zaszła. Po raz kolejny znaj dobroć swego Stwórcy i wiedz, że jesteś wolna, wracaj skąd przyszłaś, wiek masz Jezusowy- lat 33, całe życie jeszcze przed Tobą. Zostań w pokoju, moje dziecko”. Tymi słowami Bóg zakończył przemowę, zostawił mnie jak zastał, z palcem na piczi i rozwartymi ze zdziwienia ustami. Nie dowierzałam- koniec beztroski? koniec z ciałami młodych kleryków? naczy koniec ze wspólnymi modlitwami? Tak być nie może! Ale wstałam, poszłam do swojego osobistego pokoju, raz jeszcze przyklęknęłam na wezgłowiu mej pryczy i kornie podziękowałam Kyrje Elejsonowi słowami: „Kyrje Elejson, Chryste Elejson, kornie Ci dziękuję za czas tu spędzony i za obietnicę Raju”. Zdjęłam habit, koronę cierniową i różaniec, nałożyłam spodnie, łańcuch hardkorowca, nakleiłam naprędce tatuaż z Bravo na przedramię i... cóż, byłam gotowa do drogi. Spakowałam jeszcze ukryte głęboko w sienniku kulki analne i prenumeratę miesięcznika katolickiego „Adam”, pożegnałam się z siostrami, otrzymując od nich błogosławieństwo na nową drogę życia i medaliki z wizerunkami świętych i wyszłam. Za bramą wyrzuciłam medaliki zastępując je badzikami kapel ze stajni hc, splunęłam na ciężkie drzwi klasztoru, stagowałam się na murze, obsikałam tablicę patronki, uśmiechnęłam się do siebie i powiedziałam: Olłejs de hardłej (jak to często zdarzało mi się po koncertach okupionych cierpieniem wywołanym przefuckin’brutalnym moshem).

Tak to właśnie wróciłam do starego życia, w którym mogłam spać do woli, pić wino z chrzcielnicy, profanować zwłoki i krzyczeć PRAJT. Kiedy teraz zastanawiam się nad tym, co dał mi pobyt w klasztorze oprócz niekwestionowanego szczęścia jakim jest Wieczna Radość w Niebie, dochodzę do wniosku, że wiele. Nauczyłam się, że nie samą pracą i modlitwą żyje człowiek, o czym często zapominałam przedtem, przekonałam się też o najważniejszym: że kiedy jest Ci źle, to cicha modlitwa w przytulnej kaplicy potrafi zdziałać więcej niż nawet najlepszy psychoterapeuta.

Tymi słowy zamknę tę historię i na koniec Was wszystkich zaskoczę, moi drodzy Czytelnicy: to wszystko nie wydarzyło się naprawdę! Haaaaahahahahahhahahaaaa! Mam Was.

:D

Contributors